Autor : Ignacy Kaczmarczyk
2026-10-02 07:13
Niedługo powinniśmy poznać dokument Polityka Lekowa. O to co udało się wdrożyć z poprzedniej edycji i jakie zapowiedzi padły na Forum Ekonomicznym w Karpaczu pytaliśmy mecenasa Marcina Pieklaka z kancelarii Rymarz Zdort Maruta.
Aleksandra Kurowska: Panie Marcinie, przetrzymał pan prezentację polityki lekowej?
Marcin Pieklak, adwokat, partner w kancelarii Rymarz Zdort Maruta: Na pewno pierwszą część. Tę, w której postawiono dużo tez, wskazano kierunki, a w niektórych momentach pokazano problemy, którymi chcemy się zająć. A może nie tyle problemy, ile wyzwania na najbliższe 5-10 lat, które powinny być częścią dyskusji, także nad takim dokumentem politycznym.
Według słów pana dyrektora dokument był wstępnie konsultowany. Rozumiem natomiast, że będzie dyskutowany po publikacji, bo 40, 50 czy 200 minut dyskusji nad dokumentem, który ma 400 stron, to za mało. Za mało, żeby go poznać i się do niego odnieść. Nie mówię już o czasie potrzebnym na przemyślenie proponowanych kierunków zmian.
Chyba zabrakło jednej rzeczy, na którą osobiście czekam: sprawdzenia i trochę wytłumaczenia się ze skuteczności tego typu pracy. Najpierw tworzymy politykę, potem ją implementujemy i rozliczamy. Zanim przejdziemy do kolejnej, warto byłoby zobaczyć, co udało się zrobić, z czego świadomie zrezygnowano, a czego nie udało się zrobić, bo nie starczyło czasu, i co trzeba zmodyfikować i wdrożyć. Takie podsumowanie byłoby dobrym punktem wyjścia do kolejnego dokumentu.
Mam poczucie, że wcześniejsza edycja polityki lekowej była dosyć ogólna. Tutaj nie widzimy jeszcze finalnego dokumentu, ale było bardzo dużo liczb i projektów zmian. Część z nich znamy, jak plany zmian dotyczących refundacji indywidualnej, ale jest tego bardzo, bardzo dużo. Mówiąc trochę złośliwie: gdyby patrzeć na to, co prezentują poszczególne departamenty w ministerstwie, to Departament Polityki Lekowej jest zdecydowanie stachanowcem - 500 procent normy.
Czyli jest na pewno bardzo płodny, tak? Pytanie, czy to kwestia leków na prokreację, którymi się zajmuje, czy po prostu takiej liczby pomysłów. Trzymam kciuki.
To też ważny aspekt: mamy departament wiodący w pewnym zakresie polityki, ale są też tematy, które - co było już widać podczas tej rozmowy - wykraczają poza właściwość departamentu proponującego rozwiązania.
To wymaga rozmowy, a nawet szerszej dyskusji: o dofinansowaniu, inwestycjach i elementach, które wymagają zaangażowania nie tylko Ministerstwa Zdrowia, ale też resortów edukacji, finansów, być może infrastruktury. Są kwestie bezpieczeństwa w okresie wojny, czyli polityki lekowej na wypadek konfliktu zbrojnego - tu potrzebne jest Ministerstwo Obrony Narodowej i pewnie wiele innych ministerstw.
Być może można było zrobić to troszkę inaczej, tylko wymagałoby to przygotowania do dyskusji także pozostałych ministrów, nie tylko podległych im komórek, i zapoznania się z proponowanymi kierunkami. Ciężko powiedzieć, czy było to dyskutowane wcześniej. Zakładam, że tak, ale bez współpracy, bez wyjścia z tej silosowości, nawet dobry pomysł może spalić na panewce. Może być bardzo dobry, przemyślany, przedyskutowany, np. z panem profesorem generałem, ale za tym musi jeszcze stać Ministerstwo Obrony Narodowej.
W zakresie inwestycji jest z kolei pytanie o Ministerstwo Finansów: jak znajdzie budżet, czy zgodzi się z kanałami dystrybucji środków i sposobem sprawdzania zasadności inwestycji. To cały szereg zaangażowanych podmiotów.
Trzymam też kciuki za bardzo trudny termin, bo to 10 października tego roku. Przy takiej "kobyle" trzeba będzie podziwiać, jeśli uda się to spiąć nawet do końca roku.
Trzeba jeszcze wziąć pod uwagę aspekt polityczny. Zakładam, że pewien element dyskusji politycznej musi się w tym znaleźć. Publikowanie takiego dokumentu na rok przed wyborami zawsze będzie rodziło pewne ryzyko, bo będzie on wynikiem kompromisu. Kompromis jest takim zjawiskiem społecznym, w którym ktoś z definicji jest z niego niezadowolony, przynajmniej w części.
To teraz trudniejsze pytanie - trudniejsze w odpowiedzi, bo zadać je bardzo łatwo. Czy poprzednia polityka lekowa zmieniła coś w naszej sytuacji? Była tam mowa choćby o trochę innych widełkach wydatków na leki. Czy coś utkwiło panu w pamięci, o czym można powiedzieć: tak, ten dokument to zmienił?
Kierunkowo myślę, że tak. Co do konkretnych przykładów - nie wskażę ich od razu. Ale jako impuls do dyskusji: choćby MCDA [ocena wielokryterialna] w ocenie leków w chorobach rzadkich. Było to dyskutowane, stawiane jako jeden z celów. Dalej kwestia rejestrów medycznych, kwestia badań.
Było sporo elementów, które się nie zadziały. Być może nawet to, co widzimy teraz, pojawi się nie w ciągu pierwszego roku, nie w ciągu 2, 3 czy 5 lat, ale później. Mamy przecież inercję systemu, pewną bezwładność i mnóstwo ciał, które zajmują się częścią tego świata: najpierw prawem, a potem wdrażaniem rozwiązań w gospodarce i ochronie zdrowia.
Chociażby SzNUR mówi o zmianach zapowiadanych w polityce lekowej państwa, których wdrożenie wykracza poza założone ramy czasowe. Czy dałbym sobie za to rękę uciąć? Może niekoniecznie, ale postawiłbym dobre pieniądze na to, że to pojawi się też tutaj. Te zmiany mają pomysł, mają kierunek, są uzasadnione. Tylko że jest ich dużo, są wymagające i potrzebują współpracy - wszystkich rąk na pokład - w świecie polityki i wyborów, ograniczeń finansowych, budżetowych i konieczności znalezienia kompromisu.
Jest tyle zmiennych, że jeśli spojrzymy na terminy wdrożenia poszczególnych działań, ustaw, a nawet samego ich przedstawienia, to pewnie je przekroczymy. To naturalna kolej rzeczy przy dużym dokumencie i braku kompromisu potrzebnego do wdrożenia pewnych zmian systemowych, tym bardziej w ochronie zdrowia.
Partnerzy serwisu