Autor : Magdalena Gajownik
2026-04-29 17:29
Kiedy lekarz wsiada na rower i pędzi kilka kilometrów tylko po to, żeby zapukać do Twoich drzwi z informacją, że jest dla Ciebie narząd, to wiesz, że walka jest o najwyższą stawkę. Grzegorz Markowski czekał na ten moment osiemnaście lat, przechodząc przez wyniszczające dializy i niepewność, by ostatecznie w 2022 r. odebrać „magiczny telefon”. Dziś, cztery lata po udanym przeszczepie, spotkaliśmy go w Wiśle podczas 29. Biegu po Nowe Życie i opowiadał nam o tym, jak obcy człowiek stał się częścią jego codzienności i dlaczego zabieranie narządów do grobu to marnowanie największego skarbu.
25 kwietnia Wisła stała się stolicą polskiej transplantologii. Pisaliśmy o tym tutaj. Setki osób i ich historie, których nie przeczytamy w żadnym podręczniku. Droga do zdrowia pana Grzegorza trwała ponad dwie dekady. Z chorobą żył i walczył od 2004 r. Najpierw wdrożono u niego dializy otrzewnowe, które wymagają od pacjenta dyscypliny - proces oczyszczania organizmu odbywa się w domu poprzez wielokrotne wymiany płynu w jamie brzusznej. Gdy ta metoda przestała być u niego skuteczna, konieczne stało się przejście na hemodializy wykonywane już w specjalistycznych stacjach. To obciążający tryb, w którym krew pacjenta jest filtrowana przez zewnętrzną maszynę - tzw. sztuczną nerkę - co wymusza kilkugodzinne pobyty w szpitalu kilka razy w tygodniu i staje się dla chorego swoistym, przymusowym drugim domem. Najbardziej niesamowity jest jednak fakt, jak bardzo personelowi medycznemu zależało na ratunku pana Grzegorza - do tego stopnia, że gdy w 2021 r. nie mogli się do niego dodzwonić, jeden z lekarzy z Katowic pojechał do jego domu na rowerze, żeby osobiście przekazać wyczekiwane informacje. Pan Grzegorz był wtedy w podróży - do przeszczepu nie doszło. Trzeba było znów czekać i mieć nadzieję.
- Jak się okazało, że jest nerka i ja jestem tą osobą, która jest do przeszczepienia to tego dnia ciężko było się ze mną skontaktować, bo byłem gdzieś na wyjeździe. Lekarze wiedzieli po wielu latach leczenia mnie, że w okolicy mieszka jeden z lekarzy, który pracuje w tym szpitalu gdzie mieli mnie operować. Więc lekarz otrzymał zadanie: trzeba poinformować Grzegorza Markowskiego, że jest nerka i ten lekarz prawie 3 km przejechał na rowerze specjalnie do mnie, żeby przekazać mi informację - wspomina pan Grzegorz. Kolejna szansa pojawiła się niedługo później - 7 kwietnia 2022 r. – Spałem, telefon odebrała żona. Ja nie wierzyłem, jak córka do mnie przyszła to powiedziałem „Idź spać proszę, o czym Ty mówisz, to niemożliwe”. – wspomina. Proces transplantacji to nie tylko chirurgia - przede wszystkim logistyka i wyścig z czasem. Pan Grzegorz wyszedł ze szpitala już po ośmiu dniach. To tempo zszokowało nawet medyków, którzy żartowali, że pacjenci ze Śląska to „zawodnicy nie do zdarcia”. Mimo że od zabiegu minęły cztery lata, pan Grzegorz z ogromnym szacunkiem mówi o swoim dawcy, młodym mężczyźnie, którego nigdy nie poznał, ale z którym - jak mówi - łączy go niewidzialna więź.
- Wiem tylko tyle, że w tamtym czasie był to mężczyzna 29-letni, wyobrażam sobie jak ten mężczyzna wyglądał, wiadomo, to jest moja wyobraźnia, ale nie ma dnia bym o nim nie myślał. Mam świadomość, że gdyby właśnie nie ten dawca to nie byłoby mnie tutaj – mówił. To, co dzieje się z człowiekiem po przeszczepie, często wykracza poza czystą fizjologię - fascynacja naturą, wieszanie budek lęgowych dla ptaków i uważność na każdy liść i drzewo - to nowa codzienność pana Grzegorza, człowieka, który dostał drugą szansę. Jak sam mówi, teraz każdy dzień, nawet ten obiektywnie słabszy, ma w sobie coś optymistycznego. - Nie wiem skąd się wzięła taka rzecz, że zacząłem słuchać innej muzyki. Zaczęło się po przeszczepie i do dzisiaj tak mam. Czy rzeczywiście coś się wydarzyło takiego, że przejąłem to po swoim dawcy? – cały czas zastanawia się Pan Grzegorz - Wiele osób nie ma świadomości, co to znaczy transplantacja i dlatego tutaj jestem, aby przekazać wszystkim, że narządy, które po naszej śmierci zabieramy do grobu są nam kompletnie niepotrzebne, a mogą dać komuś życie. Cieszę się już na samą myśl, że kiedyś, mimo że nie będę o tym wiedział, ktoś będzie sobie tak wyobrażał mnie i tak się może będzie cieszył tym życiem, jak cieszę się ja – podsumował.
W kraju, gdzie listy oczekujących wciąż są długie, a strach przed nieznanym paraliżuje wielu potencjalnych dawców, to takie świadectwa są bezcenne. Pan Grzegorz sam nosi już kartę dawcy, bo chce żeby ten łańcuch dobra, który zaczął się od roweru lekarza i odwagi 29-latka, nigdy się nie przerwał. Ale takich historii jest więcej.
W Polsce przeszczepy od dawców żywych stanowią niewielki odsetek wszystkich zabiegów - to niewiele ponad 5 proc. Pan Marek wziął udział w biegu 4. raz i udowodnił, że strach przed operacją jest niczym w porównaniu z perspektywą utraty siostry, która bez pilnej operacji nerki miała przed sobą kilka miesięcy życia. Cała procedura przygotowawcza do przeszczepu - choć biurokratycznie i psychologicznie wyczerpująca - była dla niego tylko formalnością w drodze do celu.
-Proces kwalifikacji był niesamowicie "gęsty", te wszystkie badania, rozmowy z psychologiem, sprawdzanie czy nikt na mnie nie wywiera presji, to trwało miesiącami i było momentami męczące. Sama operacja? Pamiętam tylko moment podania narkozy, a potem to dziwne uczucie lekkiego ciągnięcia w boku po przebudzeniu. Zawsze myślałem - jako zapalony biegacz - że najpiękniejszym widokiem w moim życiu są góry i morze, ale nie. Okazało się, że najpiękniejszy był moment jak dwa dni później zobaczyłem siostrę, która pierwszy raz od lat nie była szara na twarzy, tylko po prostu różowa, zdrowa - wspominał pan Marek.
Pani Anna, która drugi raz brała udział w biegu przez dwa lata funkcjonowała w trybie „oczekiwania na cud”. Potrzebowała wątroby - Jak się dowiedziałam, że ta wątroba gdzieś tam jest to śmiałam się, że za chwilę będę też potrzebowała serca, bo moje z tej radości mi się zatrzyma. Ale moja radość wtedy to dla kogoś innego niewyobrażalna tragedia i to jest ten najtrudniejszy paradoks transplantologii - mój uśmiech przez łzy w drodze do szpitala był możliwy tylko dlatego, że gdzieś indziej jakaś rodzina właśnie żegnała kogoś bliskiego, to jest straszne i do dzisiaj ta myśl czasami odbiera mi moją własną radość. Nie znam nazwiska mojego dawcy, bo nasze prawo na to nie pozwala, ale codziennie dziękuję mu w myślach - opowiedziała pani Anna.
Na początku roku pisaliśmy o tym, że Polska transplantologia odnotowała historyczny sukces, bo w 2025 r. zespoły medyczne przeszczepiły łącznie 2298 narządów od dawców zmarłych. Najczęściej przeszczepianym organem pozostaje nerka, którą otrzymało 1227 pacjentów, a na drugim miejscu jest wątroba - 671 operacji. Nowe serce - 169 zabiegów i płuca - 133 zabiegi. Inaczej wyglądają statystyki jeśli chodzi o przeszczepy od żywych osób: w ubiegłym roku wykonano 69 przeszczepów nerek i 30 przeszczepów fragmentów wątroby. Narządy pobrane od żyjącego dawcy są zazwyczaj w lepszej kondycji, rzadziej ulegają odrzutowi i statystycznie działają znacznie dłużej niż te pochodzące od osób zmarłych. Zapotrzebowanie nadal jest ogromne - najwięcej pacjentów czeka na przeszczep nerki – około tysiąca osób. Dużą grupę stanowią również osoby oczekujące na przeszczep tkanek oka – pod koniec zeszłego roku było ich ponad 3,4 tys.
Czytaj także:
Sztuczne nerki coraz bliżej. Powstały pierwsze komórki w laboratorium
Partnerzy serwisu